Bieg z zombiakami

Dying Light

Dying Light

Dying Light to jeden z tytułów, na które czekałem i z którymi wiązałem duże nadzieje. Techland postanowił jednak testować moją cierpliwość i poprzekładał datę premiery. Ale w końcu jest – tytuł pojawił się na rynku. Było przy tym nieco szumu ale już pierwsze reakcje były jednoznaczne – warto.

Dead Island wspominam miło. Dobra, podstawki nie ukończyłem, ale Riptide przeszedłem i ciągle uważam je za solidną pozycję. Miała swoje wady i niedociągnięcia, nadrabiała na szczęście grywalnością (szczególnie kapitalnym trybem kooperacji). Dying Light oczywiście miało być lepsze. Miało nie kopiować rozwiązań znanych z Dead Island, a w zamian wprowadzać masę nowych możliwości.

Częścią wspólną w zasadzie okazuje się jedynie inwazja zombie. Takowa następuje w mieście Harran w wyniku czego zostaje ono odcięte od świata. Tajemnicza choroba przenosi się przez ugryzienie zarażonego, na szczęście trwają pracę nad lekarstwem. Póki co jedyny środek który zatrzymuje rozwój choroby to antyzyna, zrzucana do miasta wraz z zaopatrzeniem.

2015-02-01_00001

Gdyby to było za mało, to ospałe i apatyczne za dnia zombiaki nocą dostają potężną dawkę Red Bulla. Oznacza to że nie tylko nabierają szybkości i zwinności, ale i stają się dużo bardziej agresywne. Mało? No do dodatkowo tylko nocą wychodzą na łowy dużo gorsze kreatury – między innymi Nocni Łowcy. To potężne bestie z którymi zwykły człowiek nie ma szans.

W to wszystko zostajemy wrzuceni my – wysłannik GRU mający na celu zinfiltrować lokalne społeczności (a przynajmniej te które jakoś przetrwały) i odnaleźć wyniki badań nad lekiem, które wykradł szalony naukowiec i przemycił do miasta. Fabuła nie jest więc jakoś mega skomplikowana i raczej nie przeszkadza w zabawie niż zmusza do nieprzerwanego grania.

Dobra, wspominałem o Dead Island – ale po prawdzie Dying Light to inna gra. Przede wszystkim – cała rozgrywka opiera się o wariacje na temat parkour’u. Większość krawędzi daje nam możliwość złapania się. W związku z tym przemieszczanie się polega głównie na przeskakiwanie od dachu do dachu. Nie oznacza to że na ziemi jesteśmy bezbronni. Duża ilość broni białej, którą dodatkowo można modyfikować i ulepszać zapewni komfort w walce. Do tego gadżety jak petardy, race czy granaty.

2015-02-05_00001

Tym razem nie zapomniano o broni palnej. Pojawia się ona i to dość szybko. Nie ma też większego problemu z zaopatrzeniem w amunicję. Pamiętać musimy jednak o jednym – hałas przyciąga zombiaki. Im więcej strzelamy, tym więcej potworów zwróci na nas swoją uwagę. Coś za coś.

Wiemy już zatem jak się poruszamy i jak walczymy. Ale co właściwie mamy do roboty? Cały świat gry podzielono na dwa duże obszary – Slumsy i Stare Miasto (przy czym to drugie odblokowujemy z czasem). Standardowo możemy więc zając się misjami fabularnymi, które na szczęście są różnorodne i nie zawsze opierają się na schemacie idź-zabij. Do tego mamy także sporą liczbę misji pobocznych, które zlecają nam postaci niezależne.

Mało? No to mamy jeszcze wydarzenia losowe – jak zrzut zaopatrzenia, atak zombie na człowieka czy atak ludzi naszego przeciwnika. Przypomina to nieco system eventów znany choćby z GTA 5. Gdyby to było mało, zostają jeszcze misje kwarantanny – trudne wyzwania odbywające się na zamkniętych obszarach.

2015-02-13_00003

Do tego dochodzi przegenialny tryb kooperacyjny. Znowu wraz z trzema znajomymi będziemy mogli ukończyć fabułę i bawić się we wszystkie zadania znane z trybu single player. Co więcej – uzyskamy dostęp do nowych eventów. Będziemy mogli rywalizować ze znajomymi o to kto zabije więcej zombiaków, dotrze pierwszy do celu czy znajdzie najbardziej wartościowe przedmioty. Jak dla mnie to właśnie tryb kooperacyjny zapewnia tej grze ogromnego kopniaka do grywalności.

Potem zaś nadchodzi noc i okazuje się, że nasza radosna ekipa przebijająca się przez hordy zombiaków musi ustąpić pola. Z łowców zamieniamy się w zwierzynę. Żeby było jeszcze ciekawiej – to autorzy stworzyli tryb Be the Zombie. Jako Nocny Łowca możemy polować na grupy ludzi. W tym czasie oni starają się zniszczyć nasze gniazda. Zabawa jest kapitalna, emocje często biorą górę i wygrana to okrzyki radości.

W tym wszystkim nie mogło zabraknąć możliwości rozwoju bohatera. Idąc za aktualnymi trendami dostajemy trzy drzewka rozwoju z umiejętnościami. Wszystko zależne jest od naszego stylu gry – jeśli wdajemy się w liczne potyczki, szybko „wymaksujemy” drzewko od siły. Jeśli wolimy przemykać po dachach – nasza postać będzie zwinna. A za ogólny poziom odpowiada sekcja przetrwanie. Na szczęście autorzy nie poszli w bezsensowne umiejętności by tworzyć ich ogromną liczbę. Pozycji jest niezbyt wiele, za to każda ciekawa i przydatna. Zresztą – kto nie lubi móc rozpędzić się, wyskoczyć i załadować zombiakowi kopniaka?

2015-02-13_00005

Dying Light napędzany jest najnowszą generacją autorskiego silnika Chrome Engine. Niestety cierpi on jeszcze na bolączki wieku dziecięcego. To znaczy – gra wygląda kapitalnie. Duży otwarty świat na którym ekranów ładowania jest jak na lekarstwo. Dobrej jakości tekstury i niesamowita gra świateł okupiona jest niestety dość dużymi wymaganiami. Z początku na maksymalnych ustawieniach gra co jakiś czas łapała czkawkę i z 60FPS robiło się 5. Oczywiście były to skoki kilkusekundowe, jednak skutecznie potrafiły zepsuć zabawę. Na szczęście każdy kolejny patch poprawiał płynność gry.

Czy gra ma wady? No ma. Przede wszystkim chciałoby się więcej zadań. Powoli zaczynamy nie mieć co robić. Może sprawę uratują narzędzia modderskie, które Techland ma udostępnić społeczności. Druga sprawa to „linka”. W pewnym momencie gry uzyskujemy dostęp do nowego środka transportu, który znacząco ułatwia granie. Wiem że można „nie używać”, ale chyba też nie o to do końca chodzi. Poza tym – masa drobiazgów. Gdzieś nie dało się wejść, gdzieś się postać zablokowała. Ze śmieszniejszych – potężni Nocni Łowcy którzy mają problemy ze wspinaniem się czy zombiaki przenikający przez ogrodzenie.

2015-02-15_00001

Czy do czegoś można się przyczepić? Szkoda że w trybie kooperacyjnym nie wszystko jest „współdzielone”. To znaczy dobrze że każdy ma swój loot, jednak nie pogramy ze znajomymi na przykład głową zombiaka w piłkę. Każdy z graczy widzi nieco inną „swoją wersję rzeczywistości”. Co jeszcze? Brakuje postaci kobiecej. W zasadzie to wszyscy grający w co-opa mają ten sam model postaci – różnić się może jedynie ubraniem. Brakuje też pojazdów – i to niekoniecznie samochodów. Chętnie bym zobaczył w grze choćby rowery, na pewno pasujące do konwencji parkour.

Czy wady jakoś przeszkadzają w grze? No nie, Dying Light to zdecydowany krok w dobrą stronę. Tytuł jest inny od poprzedniej serii, zapewnia masę dobrej zabawy i widać w nim potencjał na dalszy rozwój. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie przez jakiś czas wspierany przez wydawcę i społeczność. Przynajmniej do czasu wydania jeszcze lepszej drugiej części.