Witaj w Breslau

smierc-breslauSię książkowo i kryminalnie zrobiło ostatnio, o ile Stulatka… faktycznie tak zaklasyfikujemy. Tym razem na tapetę trafiła książka Marka Krajewskiego, która wprowadziła postać niezwykłego detektywa – Śmierć w Breslau. Wszelkie promocje to zawsze dobry moment na uzupełnienie „kindloteczki”.

Tytuł sugeruje – całkowicie zresztą słusznie – że akcja książki związana jest z Breslau. Dla mnie obeznanych, przed wojną takie miano nosiło miasto Wrocław. Idąc dalej tym tropem można zaryzykować i określić czas akcji – w tym przypadku jest to maj roku 1933. Ponownie – dla mniej obeznanych z historią – Niemcy przeżywały wtedy dość burzliwy okres, kiedy to Hitler umacniał swoją władzę. Coraz większy strach budzi SS i gestapo.

W takim to otoczeniu ma miejsce niezwykle brutalna zbrodnia – giną dwie kobiety, z czego jedna to żona wpływowego mieszkańca. Gdyby tego było mało, na miejscu pojawiły się napisy w tajemniczym języku pisane krwią ofiar oraz przerażające skorpiony. W takich okolicznościach poznajemy głównego bohatera, policjanta policji kryminalnej, Eberharda Mocka. Nietuzinkowa postać, która zasługuje na nieco dłuższy opis.

Z jednej strony Mock jest policjantem ponadprzeciętnym. Niezwykle dociekliwy, posiadający niesamowity instynkt, rozwiązuje nawet najbardziej skomplikowane sprawy. Nie jest jednak uosobieniem cnót obywatelskich – zeznania pozyskuje zastraszając, torturując lub wynajdując na danego osobnika „haka”. W ten oto sposób Mock stał się postrachem wielu w mieście. Prywatnie także nie może być stawiany jako wzór – alkoholik, znęcający się nad najbliższymi i szukający uciech wśród prostytutek.

Czytając taki opis jasno widać, że to raczej typ antybohatera, którego ciężko obdarzyć sympatią. I zapewne tak by było, gdyby nie kilka szczegółów. Przedwojenne Breslau jest przedstawione niezwykle ciężko i duszno. Tu nie na niewinnych, nie ma dobrych. Wszystko jest szare i każdy ma coś na sumieniu. Mock, odpychający, styka się z jeszcze gorszym elementem. Ze zwyrodnialcami, przy których jego wady bledną. I zaczynamy mu kibicować, by dosięgła ich sprawiedliwość.

Wracając do samej książki – fabuła wydaje się prosta. Zbrodnia, łączenie śladów, poszukiwanie podejrzanych i rozwiązywanie zagadki. Całość wraz z poznawaniem kolejnych informacji nieco się gmatwa, w książce pojawia się drugi istotny bohater – Anwaldta. Ciekawe jest to, że praktycznie od połowy można samemu spokojnie rozwiązać całą zagadkę. I gdy już zrezygnowany czytałem dalej, nastąpił zwrot akcji. Mocny, dobry, zmieniający całkowicie układ sił. Przyznać przy tym trzeba, że Krajewski idealnie poukładał wszystkie klocki w nowy sposób. Do tego wszystkiego książka napisana jest w niezwykle ciekawy sposób. Duża liczba rozdziałów, dokładnie datowanych, specyficzny język oraz niesamowity klimat wykreowanego Wrocławia – dałem się na to wszystko złapać.

Śmierć w Breslau spodobała mi się na tyle, że nie pożałowałem zakupu od razu dwóch kolejnych tomów. Niesamowicie klimatyczna, z nietuzinkowymi postaciami, napisana plastycznym językiem. Polecam.