Smoczek Hobbita

hobbit-smaugOczywiste raczej było to, że drugą część Hobbita także zobaczymy. Pierwsza nie była może dziełem przełomowym, ale na szczęście nie okazała się też gniotem. Ot, lekki i przyjemny film przygodowy osadzony w realiach fantastycznych. Stąd idąc na Pustkowie Smauga wiedziałem już czego się mniej więcej spodziewać.

Radosna drużyna, złożona z krasnoludów, czarodzieja i hobbita, przemierzyła niebezpieczne góry i w końcu dotarła w okolice Samotnej Góry. Druga część fabularnie skupia się więc na pokonaniu Mrocznej Puszczy. Scenarzyści dali się tutaj ponieść i pojawia się nie tylko Legolas, ale także nowa postać kobieca. Gdyby tego było mało – dochodzi też wątek romantyczny. I byłoby to nawet ok – zmiany we Władcy mi akurat pasowały – gdyby nie to, że uczucie pojawia się między elfką a krasnoludem. Tak, nie wiem po co tam go wciśnięto. Nie pasuje do niczego, nic nie wnosi.

W każdym razie w końcu dane nam ujrzeć miasto na jeziorze i samego Barda. I tutaj mam mieszane uczucia. Samo miasto pokazano bardzo ciekawie. W ogóle strona wizualna – szczególnie wszelkie panoramy – to mistrzostwo. Oni po prostu wiedzą jak to zrobić, żeby wyglądało kapitalnie. I miasto właśnie tak wygląda. Za to Bard kompletnie mnie nie przekonał. Luke Evans po prostu był. Pojawiał się na ekranie i tyle. Nie było tam Barda.

W przeciwieństwie za to do Thorina czy samego Bilba. Ta dwójka była po prostu kapitalna. Powiem nawet więcej – Martin jak dla mnie ukradł większość filmu. Tak właśnie wyobrażałem sobie Bilba. Nieco ciamajdowaty, zagubiony, ale chcący doprowadzić sprawy do końca. Pozytywnie zaskoczył także Smaug. W sporej liczbie miejsc do tej pory był ukazany raczej mało okazale. W filmie na szczęście widać go „podrasowano”, bo jest duży i odpowiednio zły. Sherlock spisał się podkładając mu głos.

Nieco rozbudowano oczywiście też wątek Gandalfa. To co dziwi, to powielanie rozwiązań. Czy pojedynek i końcowa scena nie przypomina potyczki z Sarumanem z Władcy? Te same patenty, te same klisze, nieco inna scenografia. Widać, gdzie wpychano minuty, by rozdmuchać film.

Jaki jest więc film? Znowu za długi. Ciągle nie mogę zrozumieć, czemu scenariusz rozrósł się do trzech filmów, z czego dwa trwają już coś koło 6 godzin. Znowu wstawiano sceny, które są zbędne. Znowu trafiło się pare głupot. Od liczby beczek zaczynając, na złotym krasnoludzie kończąc. Tak, wizualnie dalej wszystko jest świetnie. Jednak w końcowym rozrachunku czegoś brakuje.

I nie, nie oczekiwałem rozmachu Władcy. Ciągle ekranizację Hobbita traktuję bardziej jako familijne kino przygodowe. I choć w tej części wydaje się być więcej akcji, to ciągle „coś umyka” twórcom. To po prostu całkiem udany film i mocno średnia ekranizacja.