Skrzypaczka wróciła

shatterMeDawno dawno temu, w odległej gala… no na blogu, pisałem o Lindsey Stirling. Młoda skrzypaczka, która sławę zyskała dzięki talent show w USA, podbijała nowych fanów swoimi wyczynami tak filmowymi na YT, jak i muzycznymi dokonaniami. To ona nagrała kilkanaście różnych coverów kultowych piosenek z gier, filmów i anime. Właśnie wróciła z nowym albumem.

Shatter me, bo taki nosi tytuł, to 12 utworów. Z jednej strony niby nic się nie zmieniło. Mamy Lindsey, więc naturalnym jest iż na pierwszy plan wysuwają się skrzypce pod różnymi postaciami. Niejako w ich tle można ponownie usłyszeć totalny miks brzmień. Nie wiem nawet do końca jak określić to co słychać w głośnikach. Pop pomieszany z techno? Electric? Jakieś naleciałości hip-hopu? Momentami nieco rockowych brzmień? Totalna mieszanka.

Ważne jest jednak, że całość się broni. Z pozoru odmienne światy na płycie idealnie się przenikają i uzupełniają. Słuchając kolejnych kawałków nie ma się wrażenia, że coś zostało dołożone na siłę. Przez to czuje się, że utwory są kompletne – niby z uwypuklonymi skrzypcami, ale bez tej nachalności jaka czasami towarzyszy tego typu projektom.

Kolejną całkowitą nowością (i dla mnie zaskoczeniem) jest pojawienie się wokalu. Dwa utwory – w tym tytułowy – doczekały się wokalistek, gościnnie występujących na płycie. I nie ma co kombinować – wypadło to fenomenalnie. Jak dla mnie to dwa najlepsze kawałki, niezwykle sprawnie skomponowane z idealnie „zgranym” wokalem. Przy okazji obie wokalistki mocno różnią się brzmieniowo, a mimo wszystko całość wpasowała się. Co ciekawe, w utworach tych same skrzypce zeszły nieco na dalszy plan. Dalej są słyszalne i „podbite” w stosunku do reszty, ale mimo wszystko oddają pola warstwie wokalnej. To świetne zagranie ze strony Lindsey.

Co jeszcze? Przy poprzedniej płycie nieco marudziłem, że jest monotonnie. Jasne, dalej nie jestem w stanie rozróżnić wszystkich utworów po tytułach, ale jak już widać powyżej, zdecydowanie nie jest monotonnie. Pomijając już nawet wspomniane eksperymenty z wokalem. Kompozycje stały się nie tyko bardziej rozbudowane i z większym „tłem”. Są także ciekawsze od strony kompozycyjnej. Lindsey bawi się dźwiękiem i brzmieniem. Zmiany tempa, przejścia, zagrywki – jest bardzo dobrze.

Jeśli ktoś szuka ciekawych brzmień, a jeszcze nie słyszał nic panny Stirling – zdecydowanie polecam zacząć od Shatter Me. Jest dużo bardziej dopracowana od debiutu, można powiedzieć – dojrzalsza. Widać że skrzypaczka cały czas rozwija się, eksperymentuje i nie boi się nowych projektów. To świetnie i już z niecierpliwością oczekuję kolejnej płyty. Bo mam szczerą nadzieję, że będzie jeszcze lepsza.