Czemu tak drogo?

topMyślałem ostatnio nad cenami różnych produktów. Oczywiście tych takich bardziej rozrywkowych. Gry, książki, filmy, muzyka. I o tym, jak one ulegają zmianom. Tak jak i całe rynki z nimi związane. No bo zobaczcie.

Kilkanaście lat temu, gdy wychodziła gra komputerowa, była dostępna w wersji angielskiej. A jej cena oscylowała gdzieś w granicach 150 złotych. Tylko że to było tak w okolicach 97-98 roku. Widać więc, że jeśli patrzeć z perspektywy czasu, gry są dzisiaj dużo tańsze. No bo dzisiaj nowości też są po tyle, a jednak wartość tych 150 złotych jest mniejsza. W dodatku sporo jest polonizowanych. Gdyby tego było mało, weszła dystrybucja cyfrowa – zwykle za parę złotych mniej można dostać sam klucz do gry. A gdyby i to nam nie pasowało, można poczekać.

Gry w większości bardzo szybko tanieją. Albo trafiają do różnych bundli, gdzie praktycznie za półdarmo można je kupić. Zobaczcie sami, że większość gier po kilku miesiącach trafia już do jakiejś „taniej serii”. Starzeją się w zastraszającym tempie. No ale skoro tyle osób chce grać w nowości, to rynek się dopasował. Można w każdym razie spokojnie ograć większość tytułów wydając na to grosze.

Inaczej wygląda rynek na przykład książkowy. Ceny książek oczywiście nie są tak wysokie jak gier. Te które czytam, najczęściej oscylują w granicach 35-40 złotych. Mam więc tak ze cztery książki w cenie jednej gry. Niestety, nie jest już tak fajnie jeśli idzie o pozostałe kwestie. Cena wydania elektronicznego, czyli ebooka, jest najczęściej zbliżona do wydania papierowego. Dodatkowo – książki nie tracą na ogół na wartości. Oczywiście, mogę czekać na promocję i wyprzedaże. Jednak w porównaniu z rynkiem komputerowym, dużo ciężej dostać dany tytuł po promocyjnej cenie.

Podobnie zresztą wygląda kwestia z muzyką. Ceny płyt spadają bardzo wolno, o ile w ogolę. Gdy jakiś czas temu w bodaj Saturnie patrzyłem na płytę wydaną w 1983 roku zobaczyłem cenę 69,99. No tak, muzyka (szczególnie dobra) nie traci na wartości. Nie dezaktualizuje się. Ceny cyfrowe też nie są zachęcające. Na szczęście zostaje jeszcze streaming. Deezer czy Spotify, gdzie za niewielką opłatą mamy dostęp do ogromnej bazy utworów.

Ciekawe wygląda przy tym rynek filmowy. Zwykle po premierze kinowej trzeba dość długo czekać na wydanie DVD. Szczerze powiem, że nie mam pojęcia czemu. Plus – dodatkowo – my jeszcze musimy czekać często dłużej, aż dystrybutor się ogarnie. Cena premiery na szczęście nie jest na ogół wygórowana. Około 70 złotych to raczej maks. Nieco drożej jeśli chcemy BluRay. Filmy jednak mają „przypadłość” gier. Dość szybko „wpadają” w tańsze wydania. W efekcie po ponad pół roku można dostać film za 20 złotych. Co jednak najbardziej dziwi, to brak alternatyw na naszym rynku. Owszem, jest VoD, ale on dopiero raczkuje. Nie kojarzę sklepu, gdzie mogę kupić cyfrową wersję filmu i ściągnąć ją na dysk – tak że potem mogę sobie z tym zrobić co mi się podoba.

Zastanawia mnie jeszcze strasznie kwestia cen. Kupujemy grę za 120 złotych. Nowość. W pudełku, z instrukcją. Nie mamy jednak na ogół oporów i problemu, by zapłacić ze 10 złotych mniej za wersję cyfrową. Czyli de facto sam klucz. Z drugiej strony, mamy książkę za 40 złotych. Ale czytelnik oczekuje, że ebook będzie kosztował już około 10 złotych. Bo inaczej krzyczy, że drogo. Ciekawi mnie skąd taka rozbieżność podejść. I widzę kilka możliwych powodów.

Przede wszystkim mantrą wydawców i dystrybutorów w kwestii książek były koszta druku, magazynowania, transportu, dystrybucji. I wszyscy raczej się z tym zgadzali. Przecież papier czy tusz darmo nie są. A trzeba jeszcze połamać, oprawić, przechować. Jest tego. Gdy teraz nagle pojawiły się ebooki, ludzie podświadomie „odrzucili” te koszta od ceny. No bo przecież nie trzeba drukować, magazynować. A sprzedaje się przez sieć. Czemu więc ebook jest albo w cenie papieru, albo dosłownie parę złotych tańszy? Teraz wszyscy nagle twierdzą, że w zasadzie to największym kosztem jest wyższy podatek. Jak widać, powód wysokich cen zawsze się znajdzie. Ciężko jednak „wyplenić” z ludzi przeświadczenie, że „coś jest nie tak”. No bo tyle lat się mówiło A, a teraz nagle mówi się B. Sam zresztą mam własny „cennik” i w ciemno mogę kupić coś do 10 złotych. Za znane nazwisko, ewentualnie murowany hit, maksymalnie 20 złotych.

Teraz cała praca nad stworzeniem rynku i odpowiednich nawyków leży praktycznie po stronie księgarni internetowych. Zobaczcie na największe na naszym rynku (bo Amazon jest poza zasięgiem). Ciągle jakaś książka jest w promocji. Akcje rozdawnicze, bony zniżkowe, programy lojalnościowe. Gdy wychodzi nowość, jest duża szansa, że od razu trafi do jakiejś promocji. I faktycznie cena za książkę wyniesie wtedy 15-20 złotych. Czasem jestem ciekaw, jak wygląda ilościowo wtedy sprzedaż. Czy te księgarnie działają tak charytatywnie, czy jednak obniżając swoją marże da się ciągle na tym zarobić. Do tego jeszcze dochodzą serwisy „pilnujące promocje”, jak na przykład upolujebooka.pl.

Inna sprawa, że książka dla wielu to ciągle coś materialnego. Gdy kupuje książkę, to płaci on za „wydanie”. Fizyczny przedmiot. I teraz nagle przy ebooku traci on swoją fizyczność. Skoro więc płacił główne „za wydanie”, to teraz chce płacić jak najmniej za samą treść. Pozbył się przecież drogiej „fizycznej obudowy”. Dostaje samą treść. Niektórym ciężko jest się przestawić. Ciągle fetyszem jest dla nich papier.

Inaczej sprawa wygląda jeśli idzie o gry. Tutaj przecież od zawsze wiedzieliśmy, że płyta sama w sobie jest tylko nośnikiem. Że wytłoczenie jej, dorobienie pudełka i instrukcji to tylko kropla jeśli idzie o składową ceny. To to, co jest zawarte na nośniku ma największą wartość. Od lat przecież promuje takie podejście Steam. Później także kolejni. W świecie konsol dystrybucja cyfrowa też stała się czymś normalnym. I teraz w momencie, gdy sam klucz jest nieznacznie tańczy od wersji fizycznej, nikt nie protestuje (to znaczy ludzie protestują bo gry same w sobie są drogie jak na nasze realia, ale to inna kwestia). Ludzie zostali „nauczeni”, że liczy się treść, nie forma jej dostarczenia.

Przecież podobnie zaczęło wychowywać sobie klientów Apple wprowadzając możliwość sprzedaży muzyki. Nagle można było kupić sobie pojedyncze utwory, a nie całą płytę. A to właśnie nic innego, jak „odczarowywanie” płyt. Pokazanie, że nie liczy się nośnik, ale to co na nim zawarte. Zresztą zobaczcie, że dzisiaj ciągle koneserzy mogą kupić winyle. Są droższe, ale ludzie kupują je świadomie. Mają alternatywy w postaci tańszych płyt lub jeszcze tańszych wydań cyfrowych. Streaming muzyki to tylko kolejny krok. Nie musisz przecież mieć praktycznie żadnego utworu „na własność”. Wystarczy, że masz możliwość posłuchania tego co chcesz i kiedy chcesz.

Trwa teraz batalia w świecie filmowo-serialowym. Tutaj też zapukał XXI wiek. Ludzie już nie chcą miesiącami czekać, aż ktoś łaskawie pokaże im film w TV lub kinie. Chcą oglądać film wtedy, kiedy mają na to ochotę. Widać analogie?

I to nie jest tak, że książki są jakieś „zastane”. Bo przecież abonament na czytanie już się pojawił, choć było przy tym nieco dymu. Czas jednak pogodzić się z faktem, że powoli nośnik przestaje tracić na wartości, a zyskiwać zaczyna sama treść. Forma ulega przeobrażeniu i dostosowaniu do potrzeb konsumenta. A stajemy się coraz bardziej wygodni i „zsieciowani”. Gdy słyszę o premierze jakiegoś serialu w USA, chce go od razu móc obejrzeć w domu. I nie ma problemu, mogę zapłacić za dostęp do każdego odcinka z osobna. Ale ktoś jeszcze musi dostrzec zapotrzebowanie na treści.