Zwiedzamy Włochy

korzenie-niebiosPolubiłem uniwersum Metra. 2033 kupiło mnie i choć 2034 było odmienne, to Piter był wyśmienity (postaram się o nim napisać). Ciągle czekam też na trzeci tom do trylogii Diakowa. Nie mogłem więc przepuścić okazji do zapoznania się z Korzeniami Niebios. Pozwiedzajmy Włochy.

Cała fabuła jest bardzo mocno związana z wątkiem kościelnym. Co nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, że akcja rozpoczyna się w Rzymie. Społeczność zamieszkuje dawne katakumby, a lokalne niedobitki kościelne chcą wybrać nowego papieża. W tym celu jednak potrzebni są duchowni.

John Daniels jest prawdopodobnie jednym z ostatnich przedstawicieli Inkwizycji. I to właśnie on dostał misję odnalezienia w Wenecji jednego z duchownych i sprowadzenia go do oazy. Towarzyszyć mu w tym będzie oczywiście Gwardia Szwajcarska, która jest taka już tylko z nazwy.

Co łatwo przewidzieć, przeważająca większość książki to właśnie opis tej wyprawy. Nie wyróżnia się pod tym względem od kanonu, gdzie przecież też cała oś fabuły skupiała się na dotarciu do określonego celu. To co zaskakuje, to sposób podróżowania. Cała wyprawa odbywa się po powierzchni. Co mocno dziwi i zaskakuje.

I to w zasadzie mój największy zarzut jeśli idzie o Korzenie Niebios. To jest całkiem fajna książka w klimatach post-apokaliptycznych. Ma parę dziwnych i mało logicznych momentów, ale jako całość się broni. A i napisana jest sprawnie, bo czyta się szybko i z przyjemnością. Szkoda tylko, że autor zamiast eksploatować wątek Kościoła, jego tajemnic i polityki w katakumbach, poszedł w inną stronę.

Jednak jako fragment Uniwersum Metro kompletnie mi nie leży. To zupełnie nie ten klimat i nie te emocje, znane choćby z dotychczas wydanych u nas pozycji. Ta książka daje nadzieję. Pokazuje zniszczony świat, który jednak powoli układa się „po nowemu”. Nie tak szary i bezsensowny jak tunele metra. A i samo zakończenie jest tak różne w wydźwięku.

W Metrze mogliśmy się bać nieznanego. Ciemne korytarze, które nie wiadomo jakie tajemnice skrywały. Avoledo poszedł po mniejszej linii oporu. Jeśli pojawiają się stwory – będą dokładnie opisane. Podobnie przemoc i wszelkie wynaturzenia. Bliżej mu z tym do filmów gore niż do mocnego thrillera. A do tego właśnie przyzwyczaiło mnie Metro – do niepewnego nieznanego. Do szaleństwa, które jednak nie przekracza granicy absurdu.

Jestem autentycznie rozdarty. Gdy podczas czytania odrzuciłem całkowicie fakt, że to element Metra, to dobrze się bawiłem. Nie jest to może arcydzieło czy coś wybitnego – ot przygodowa książka osadzona w takiej a nie innej stylistce. Jednak, jak dla mnie, zupełnie nie pasująca do tuneli metra. Jeśli tak wygląda włoska interpretacja Uniwersum, to jednak chyba poczekam na autorów z innych krajów.