Za długi sznur

szubienicznikZnowu dałem się podejść Woblinkowi. Po różnych kotach w worku tym razem na przedpremierę specjalnego wydania ebooka. Specjalność polegała na tym, że sama książka była tańsza a dodatkowo zamieszczono w niej dedykację od autora. A mowa o Szubieniczniku Jacka Piekary.

Po liczbie lokacji, jaką wyświetlił mi Kindle można śmiało powiedzieć, że książka nie należy do najkrótszych. Powiem szczerze, że nie śledziłem o niej informacji. A Piekarę znam tylko z opowiadań.

Od początku więc. Szubienicznik to powieść osadzona w szlacheckiej Polsce. Fajno, lubię. Przeczytałem chyba wszystko od Komudy. Ja bym to dodatkowo określił jako kryminał szlachecki.

Mamy tutaj dwójkę głównych bohaterów – podstarostę Jacka Zarembę oraz stolnika Hieronima Ligenzę. Do tego drugiego zaczynają zjeżdżać dziwni goście z tajemniczymi listami. Intryga się zawiązuje i zaczyna gmatwać. Ciekawie zaprezentowane są historie gości – opowiadają je oni gospodarzowi, podczas gdy narracja „przeskakuje” niejako do czasu opowieści.

I wszystko to jest fajne. Brzmi to śmiesznie, ale intryga jest intrygująca i zmusza do myślenia oraz zastanawiania się, gdzie jest wspólny mianownik i jak to się skończy. I tu przychodzi pierwsze rozczarowanie – Szubienicznik to tylko tom pierwszy. A Piekara zakończył w takim momencie, że teraz będę wyczekiwał tomu drugiego.

Nawet pomimo kolejnej wady – długości. Akcji w całej powieści nie ma zbyt wiele i całość opiera się o dialogi i wspomnienia. I to jest jak najbardziej ok. Tylko czemu często Piekara tak bardzo wszystko rozwleka? Opisy, przemyślenia, rozmyślania o sytuacji w kraju. Jasne, fajnie, ale tego jest za dużo.

Bardzo ciekawe prezentuje się za to mentalność i poglądy ówczesnych szlachciców. To jak traktują chłopstwo, jak naturalny dla nich jest pewien porządek świata. Lubię takie smaczki i Piekara oddał bardzo dobrze klimat szlacheckiego dworku.

Odczucia mam więc mocno mieszane. Z jednej strony kryminał szlachecki to konwencja nietypowa, a i sama fabuła jest intrygująca. Z drugiej czasem odnosiłem wrażenie, że tekst był pisany jako zapchajdziura, żeby rozdmuchać objętość. Nie wnosił nic do samej fabuły, nie dodawał żadnych smaczków ani też nie był potrzebny do budowania klimatu. Ja w każdym razie czekam na drugi tom.