Nie było tak źle

gra-enderaNastawiony byłem negatywnie. Począwszy od tego, że nawet nie wiedziałem, czy będę miał na co iść. Teraz w końcu w modzie czy-de i dubbingi. Całe szczęście udało się znaleźć  coś przyzwoitego. Obawy budził też sam film. Dostał bardzo niskie ograniczenie wiekowe, a książka przecież zbyt „dziecięca” nie jest. Ale widać taki urok – jak w filmie są dzieciaki, to musi być dla dzieci.

W skrócie dla tych, co nie czytali książki. Ziemia została napadnięta przez owado-podobną rasę Formidów. Niewyobrażalnym szczęściem udało się odeprzeć inwazję, jednak pewnie będzie kolejna. Stąd postanowiono przygotować się na atak. Ludzkość szkoli dzieci na genialnych strategów, którzy mają dowodzić armią podczas ataku odwetowego.

Ender jest właśnie jednym z takich genialnych dzieci. Niestety filmowa adaptacja różni się od książkowego pierwowzoru. Zresztą Gra Endera cierpi chyba na ten sam syndrom, co Poradnik pozytywnego myślenia. Fabuła została bardzo spłycona. Wycięto dość istotne elementy, skupiono się jedynie na drodze Endera do celu. Tą też mocno przyspieszono. Praktycznie do niezbędnego minimum ograniczono wszelkie „psychologiczne” aspekty całego procesu edukacji.

I to w zasadzie tyle z głównych zarzutów wobec samej ekranizacji. Co do filmu – jest przygotowany w sposób niezwykle staranny. Bardzo ciekawy efekt uzyskano pokazując start wahadłowca z Ziemi na stację kosmiczną. Moc podczas wznoszenia i całkowite wyłączenie silników w kosmosie. Dopiero dokowanie uruchomiło napędy pomocnicze. Podobnie model stacji – w zasadzie niewiele bym zmienił po czytaniu książki. Może z jednym małym drobiazgiem – przeszklona sala treningowa. Jej sens był taki, by nie mieć w niej orientacji. Stała obserwacja kosmosu i planety raczej takie punkty daje.

Sam proces treningu także pokazany interesująco. Sale wykładowe, same ćwiczenia w „kuli”, mecze punktowe. Nie powiem, wizualnie film robi bardo dobre wrażenie. A końcowe testy gdy Ender ćwiczy dowodzenie flotą – majstersztyk. Równie dobrze poradzono sobie z grą fantasy. Miałem może o niej nieco inne wyobrażenie, jednak wizja twórców w stu procentach przemawia do mnie.

Kolejnym jasnym punktem są aktorzy. Harrison Ford, z początku nieco „sztywny”, wraz z fabułą ewidentnie się „rozkręcał”. Podobnie odtwórca głównej roli – Asa Butterfield. Wypadł jak dla mnie niezwykle przekonująco. Tak, podniesiono nieco wiek „dzieci” (w filmie to nastolatki), ale ok. Na szczęście obsada „dała radę”. Paradoksalnie najsłabiej wypadła chyba Abigail Breslin jako siostra Endera – Valentine.

Film mi się podobał. Jako ekranizacja może wypadł średnio. Ale w momencie kiedy „odciąłem” książkę, okazał się całkiem przyjemnym i lekkim filmem przygodowym w konwencji science-fiction. Tak, stracił cały „ciężar”. Za to obserwując reakcję dzieci, które były na sali, autorom chyba nie do końca się udało osiągnąć cel. Bo wiele dzieciaków się nudziło, bądź głośno komentowało, że nie rozumie co się dzieje na ekranie. Mimo wszystko jednak nie chciałbym, żeby ta sama ekipa brała się za ekranizację Mówcy umarłych.

Tagi: