KGB#1 – zatwardziały gracz

bg2Tytułem wstępu – Salantor z Bobrowni przeszczepia na grunt growy pomysł zaczerpnięty od RPGowców. Czyli jest jeden temat i chętni blogerzy klepią o nim notki. Po więcej informacji odsyłam na stronę pomysłodawcy. Pierwsza edycja kręci się wokół początków naszej przygody z grami.

Długo starałem się przypomnieć sobie, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z komputerami jako takimi. Było to chyba Commodore C64. Model z magnetofonem, oczywiście. Pamiętam podpinanie go po czarno-biały telewizor, wstrzymywanie oddechu i obserwowanie, jak „gra się wgrywa”. To był cały rytuał. A miałem wtedy – nie wiem – 5 lat, może 6. I jakoś nie pamiętam, żeby zrobiło to na mnie oszałamiające wrażenie. Pamiętam za to pierwsze SimCity i jakiś symulator myśliwca, w którym nikt nie umiał wystartować.

maydayNieco później wszystko się zmieniło, bo w domu pojawiła się podróbka konsoli Nintendo, czyli swojski Pegasus. Wsiąkłem. Tak po prostu. Contra, Tanki, Mario. Ile godzin, ile nocek przesiedzianych do późna, ile krzyku żebym nie siedział tyle przed telewizorem. No i wymiany grami na podwórku. I tak sobie radośnie łupałem. Potem jakoś „moda” minęła.

W podstawówce zetknąłem się pierwszy raz z PCtem. Konsola graficzna i Norton Commander (o ile dobrze pamiętam) szału nie robiły. Ale był też Quake, Duke 3D i Diablo. No i Warcraft. Szkolne kółko informatyczne polegało głównie na graniu. Podobnie analogiczne zajęcia w lokalnym centrum kultury. I dopiero w 1998 roku w domu pojawił się mój własny PC. Oszałamiający Celeron 266MHz z 32 MB pamięci RAM.

majestyPamiętam swoją pierwszą oryginalną grę. Był to – wydany przez TopWare – MayDay. RTS, który z perspektywy czasu był do bólu schematyczny. Nigdy go nie ukończyłem, okazał się za trudny. Oczywiście było pożyczanie od znajomych. Internetu nie miałem wtedy, więc trzeba było pozyskiwać nowości innymi kanałami. Tak dotarło do mnie GTA1. Pamiętam, że skrupulatnie odkładałem swoje grosiny, żeby w końcu kupić złotą edycję Baldur’s Gate. Wydanie z dodatkiem. Kosztowało to prawie 160 złotych, co było wtedy dla mnie ceną kosmiczną.

I to była pierwsza gra, którą ukończyłem. I jedyna, jaką wtedy miałem. Zajmowała prawie 2GB, a dysk miałem wtedy o pojemności 2,1GB. Wyboru nijak nie miałem. Potem poleciało z górki. Odkładanie pieniędzy na kolejne tytuły, proszenie rodziców o kupowanie. Jakoś nigdy nie ściągałem dużo gier. Zawsze wolałem ograć demko ewentualnie poczytać recenzję. I dopiero wtedy decydować.

Pamiętam taką grę Majesty. Dość nietypowy RTS, w którym budujemy własne królestwo w standardowym świecie fantasy. To co go wyróżniało to fakt, że nie mieliśmy wpływu na swoje jednostki. Mogliśmy ich rekrutować i „sugerować” różne działania, wyznaczając odpowiednie nagrody pieniężne. Do tego każda z postaci miała swoje statystyki, przedmioty i zbierała doświadczenie. Spędziłem przy niej wiele godzin i do dzisiaj uważam ją za jedną z lepszych, w jakie grałem. Co ciekawe, kontynuacja już mnie tak nie wciągnęła.

nwnOczywiście nie odpuściłem i sagę Baldura ukończyłem. Pamiętam za to pojawienie się NeverWinter Nights. Dostałem jako prezent i był to pierwszy tytuł, który dobił mojego ówczesnego kompa. Niestety, ale nawet w minimalnych detalach gra klatkowała. Żeby pograć w ten tytuł musiałem czekać ponad pół roku, aż udało się wymienić praktycznie cały komputer.

Ciekawe, że nigdy nie ciągnęło mnie do konsol. U znajomych pograłem na PlayStation, kilka razy zetknąłem się z N64 i tyle. Byłem zatwardziałym komputerowcem. Zresztą czasy liceum to przede wszystkim czasy IRC-a i moje początki zabawy z programowaniem. Konsole nijak się nie mogły równać. Z perspektywy czasu dość ciekawie wypada to, że praktycznie przez cały mój okres „giercowania” mama goniła mnie od kompa ile tylko mogła. Że granie to strata czasu. Cóż, jak widać czasem jednak warto nie słuchać rodziców.

Z regularnego grania odpadłem gdzieś w okolicach 2003 roku. Na rzecz internetu. Fora, strony, irc. Było tego. A i komp coraz mniej nadawał się do nowych tytułów. „Wróciłem” gdzieś w okolicach 2005 roku, za sprawą Pauli. Kiedyś w Empiku dojrzeliśmy tanią serię gier i namówiła mnie, bym pokupował sobie starsze tytuły, w które nie grałem. Nadrabianie zacząłem od Dawn of War.

bf2I tak radośnie uzupełniałem braki, aż w 2007 kupiliśmy grę, w którą totalnie wsiąknęliśmy. Battlefield 2. Masa godzin spędzonych online. Oczywiście wspólnie. Chwilę potem – Guild Wars. I kolejne wspólne spędzanie czasu online. Bo trzeba wiedzieć, że wtedy mieszkaliśmy w różnych miastach. Tak właśnie dwa geeki spędzały razem czas.

Każdy kolejny rok to praktycznie nowe tytułu do ogrania. Plus co jakiś czas wymiana kompa. I dopiero niedawno przyszła myśl, że fajnie by było mieć konsolę przenośną. Tak w domu pojawiła się Vita, o której pisałem swego czasu. No i co – starczył nieco ponad rok bym utwierdził się w przekonaniu, że aby być kompletnym graczem geekiem, muszę mieć pełnoprawną konsolę. A że pojawiły się odpowiednie tytuły – stało się. Dopiero co zresztą o tym pisałem, w naszym domu pojawiła się PlayStation 3.

Już wiem, że jesień zapowiada się bardzo obficie jeśli idzie o gry. Wiem też, że to jest coś, z czego się nie wyrasta. Wieczory często spędzamy na wirtualnym polu bitwy, radośnie łupiąc w Battlefielda 3. Na PS3 pojawiają się kolejne tytuły „must have”, a i lista zaległych gier „do zdobycia” jest niebezpiecznie długa. To nie jest może tak, że gry to całe moje życie. Ale to istotna jego część i coś, z czym jestem związany poniekąd zawodowo. I fajnie, że mama jednak niezbyt skutecznie odganiała mnie od tego grania.

A tym, których dziewczyny/narzeczone/żony gonią od grania, mogę jedynie współczuć. Bo na szczęście kompletnie nie rozumiem ich problemu.