Gigantyczne roboty

pacificRimW zasadzie nie czekałem na Pacific Rim. Widziałem może ze dwa trailery i tyle. Jasne, lubię Evangeliona czy – kultowego u nas – Daimosa. Nie trawię za to Transformersów. Do kina poszedłem więc niejako przy okazji, bez jakiegokolwiek nastawienia wobec samego filmu.

Na początek może nieco historii. Na dnie oceanu, przy łączeniu płyt tektonicznych, powstał Wyłom. Wrota do innej rzeczywistości czy innego wymiaru. To mało istotne. Istotniejsze jest to, co z tego Wyłomu zaczęło wyłazić.

Kaiju to ogromne potwory, które wydają się mieć jeden cel – niszczenie. Początkowo ludzkość była kompletnie nieprzygotowana na taką sytuację. Choć pierwsze potwory w końcu udawało się zabić, straty w ludziach i same zniszczenia były ogromne.

Tak powstały Jaegery. Międzynarodowy projekt ogromnych robotów sterowanych przez ludzi. Z początku pilot był jeden, jednak jego umysł nie wytrzymywał obciążenia. Powstała więc koncepcja dwóch pilotów, połączonych umysłami za pomocą mostu. Określono to jako dryft. Dwa ciała idealnie ze sobą zsynchronizowane.

Najlepsze jest to, że cała ta historia to tylko i wyłącznie tło. W samym filmie jest pokazana przez może piętnaście minut. I wielka szkoda, bo jest kapitalna. Ujęcia pierwszych ataków, rozkładające się toksyczne szczątki Kaiju czy początki programu Jaeger. Czemu tego nie ma więcej?

O czym więc jest film? O decydującym starciu między ludźmi a potworami. Tak w zasadzie najkrócej można go podsumować. Jest do bólu schematyczny i przewidywalny. Mamy więc głównego bohatera – tutaj Raleigh Becket, który przeżywa tragedię i porzuca Jaegera. Tylko po to, by w obliczu zagrożenia wrócić.

Mamy twardego i nieugiętego szefa, Stackera Pentecosta, który skrywa swoje mroczne sekrety. Mamy w końcu nowego pilota Jaegera (w zasadzie to pilotkę Mako Mori), która także ma swoją historię. I tak dwie tragiczne postaci będą sobie wzajemnie pomagać.

Jest też plan końcowego rozprawienia się z Kaiju, w którym biorą udział dwaj naukowcy. Nie wiem czemu, ale jeden z nich ciągle kojarzył mi się z Sheldonem z The Big Bang Theory. No i jest Ron Perlman. Całość jest mocno nierówna. Z jednej strony patos wprost wylewa się z ekranu. Gra głównych bohaterów wygląda bardzo „na pokaz”. Z drugiej są wątki komediowe i świetny jak zwykle Ron.

Sama fabuła też jakaś genialna nie jest. Co więcej, jest w trakcie całego filmu kilka miejsc, gdzie w głowie zapaliła mi się lampka „WTF”. I gdybym tylko po tym miał oceniać film, byłaby to ocena bardzo niska.

Ale.

Ale w filmie są roboty i potwory. Ogromne roboty i potwory. I one walczą ze sobą. I w zasadzie wtedy zrozumiałem, czym jest Pacific Rim. Film jest tylko pretekstem, by pokazać ogromne siły napierdzielające się ze sobą po łbach. Bo potwory wyglądają kapitalnie. Bez udziwnień, ale czuć ich siłę. Podobnie Jaegery. Każdy inny, ale pasujący do ogólnej stylistyki.

Del Toro stworzył film, który po prostu kapitalnie wygląda, który jest widowiskiem. Który w końcu dla osoby wychowanej na japońskich anime jest jak powrót do dzieciństwa. Bo to właśnie kreskówka – mocno przerysowana – przeniesiona na ekran. Nie szukajcie tu mocnej fabuły czy niezapomnianej gry aktorskiej. To nie jest film dla każdego. Ale na mnie sceny walk zrobiły niesamowite wrażenie. Poszły ciary po plecach.