Uncharted: Złota Otchłań

Od razu zaznaczę, że seria Uncharted jest mi całkowicie obca. Nie posiadam konsoli PS3, nie grałem w żadną część – nie wiem, nie znam się. Interesując się jednak Vitą wyczytałem, że pierwszym tytułem, który ma niejako ukazać możliwości nowej konsoli, będzie Uncharted: Złota Otchłań. Jako ze kupująć konsolę miałem możliwość dokupienia do niej jednego tytułu po dużo niższej cenie – wybór padł właśnie na przygody Nathana Drake’a.

Pierwsze co oczywiście rzuca się w oczy, to samo pudełko. Utrzymany w niebieskim kolorze – a więc niejako stylistyce całej konsoli – jest niezwykle małe i poręczne. Bardzo dobrze, że Sony zdecydowało się na takie rozwiązanie, gdyż same karty z grami są przecież niewielkich rozmiarów (widać ją na zdjęciach dołączonych do mojej recenzji Vity). Dzięki temu pudełko elegancko prezentuje się na półce, nie zajmując przy tym zbyt wiele miejsca.

Jak można się domyślić po podtytule, gra ukazała się w polskiej wersji językowej. W tym przypadku oznacza to nie tylko pojawienie się znajomo brzmiących tekstów w grze, ale pokuszono się o pełny dubbing. O ile zwykle wole wersje z samymi napisami, o tyle grając w Uncharted w ogóle mi to nie przeszkadzało. Powiem więcej – Jarosław Boberek, który wcielił się w postać Nathana, wywiązał się z zadania wyśmienicie.

Wszystko fajnie, ale co to właściwie za gra? Najkrócej mógłbym ją opisać jako połączenie Tomb Raidera z Indianą Jonesem. Fabuła jest z mało wyszukana – jako Nathan Drake, poszukiwacz przygód, postaramy się rozwikłać zagadkę 400-letniego cmentarzyska gdzieś w Ameryce Południowej. Z jednej strony będzie to wdrapywanie się na skalne ściany, pokonywanie przepaści oraz zwiedzanie ruin dawnej cywilizacji. Z drugiej na Nathana czeka cała armia (dosłownie) przeciwników.

Poza elementami zręcznościowymi, nie mogło oczywiście zabraknąć walki. Dobrze rozwiązano problem posiadania broni – w jednym momencie Nathan może posiadać tylko jedną broń krótką oraz jedną długą. Do tego maksymalnie 4 granaty. Trzeba więc albo pilnować amunicji, albo podnosić broń przeciwników. Gra korzysta z systemu osłon, a poza strzelaniem do przeciwników, można też ich zaatakować wręcz lub pozbyć się z zaskoczenia.

Zupełnie osobną kwestią są zagadki. Podczas gry będziemy musieli odrysowywać kształty węglem, robić zdjęcia, szukać ukrytych klejnotów oraz oczyszczać różne przedmioty w celu identyfikacji. Kapitalnym dla mnie patentem było wykorzystanie czujnika światła żeby „naświetlić” pergamin i odczytać ukryty tekst. Jedyne co można zarzucić tym elementom gry to to, że nie są zbyt trudne.

Całkowicie osobną kwestią jest sterowanie. Większość czynności można wykonać na kilka sposobów – albo za pomocą „tradycyjnego” sterowania, albo używając możliwości konsoli. I tak aby wycelować, można poruszać analogiem, albo poruszać całą konsolą. Podobnie wspinanie się. Albo wskazujemy kierunek i wciskamy X, albo też wytyczamy ścieżkę palcem po ekranie dotykowym i Drake podąża obraną drogą.

Kolejna rzecz, która mnie pozytywnie zaskoczyła, to grafika. Nie wiem jak Sony to zrobiło, ale zrzuty ekranu wyglądają co najmniej paskudnie. Jednak na ekranie Vity gra prezentuje się wyśmienicie. Jasne, to nie jest poziom BF3. Ale i Vita to nie mocarny komp. Sama gra składa się dodatkowo z dużej ilości przerywników filmowych, które jednak nie przeszkadzają w rozgrywce. Powiem więcej – pomagają one budować klimat niebezpiecznej, ale jednak nieco zawadiackiej przygody w jaka wplątał się bohater.

Uncharted kupiło mnie. Gra strasznie mnie wciągnęła. Atutem jest jej długość – na jej przejście potrzeba więcej niż kilku godzin gry. Jasne, nie ma róży bez kolców. Sztuczna inteligencja przeciwników pozostawia sporo do życzenia i nawet na najwyższym poziomie trudności mają po prostu więcej „życia”. Ale to nic. Oprawa graficzna, muzyka – o której nie wspominałem, a jest kapitalna – ale przede wszystkim klimat i niesamowita wręcz grywalność stawia Uncharted dość wysoko w moim rankingu gier. Jeśli pojawi się kolejna odsłona na Vitę, na pewno ją kupię.

Moja ocena: 5+/6