Rozrywka 2.0

W gry komputerowe gram już ładnych paręnaście lat. Głośniejszymi tytułami, w które jako pierwsze grałem na popularnych „PieCach”, były WarCraft 2 oraz Diablo. No i Quake. Od tamtych gier minęło wiele lat, podczas których poznawałem coraz to nowe pozycje i zagłębiałem się w niezliczone wirtualne światy. Z drugiej strony robiłem się coraz starszy i wraz z upływem lat zacząłem doceniać w grach inne elementy.

Dobrze pamiętam tak głośne tytuły jak choćby Baldur`s Gate czy Planescape: Torment. Monumentalne dzieła, które przyciągały do komputera na długie godziny grania. Rozbudowana fabuła, mnogość zadań i lokacji. A wszystko to w bardzo dobrej – przynajmniej jak na tamte czasy – oprawie wizualnej. Pamiętam, jak z trudem udało mi się skończyć Baldura. Po nich nadszedł dodatek – nowe przygody, nowe lokacje – nowe godziny spędzone w Zapomnianych Krainach.

I tak szło z górki – premiera drugiej, jeszcze lepszej części. A potem uwieńczenie całej fabuły – dodatek do drugiej części. Za każdym razem były to nie tylko kosmetyczne poprawki, ale wiele godzin świetnej zabawy oraz masa treści. Czuło się, że pieniądze wydane na to nie poszły na marne.

A potem coś się zaczęło zmieniać. Gry zaczęły robić się coraz prostsze i coraz krótsze. Z początku to nie rzucało się w oczy – ot wychodziło więcej dodatków. Ale od jakiegoś czasu cała sytuacja zaczyna być mocno absurdalna. Bo wszystko wskazuje na to, że dzisiaj developerzy najpierw tworzą kompletną grę. A potem wyszukują i „wycinają” z niej elementy, które bez wpływu na główną rozgrywkę można usunąć. A potem wystawia je jako DLC do kupienia.

To nie jest fajne. Nie jest też fajna polityka EA względem najnowszego Battlefielda, gdzie każdy dodatek – za niemałe pieniądze – to „tylko” 4 mapy i trochę sprzętu. Co będzie dalej?

I to nie jest tak, że tylko branża gier komputerowych cierpi na takie problemy. Dawniej, jeśli chciało się posłuchać jakiejś piosenki, to albo kupowało się album, albo czekało przy radiu żeby zgrać. Potem przyszedł Internet i nieco ułatwił dostęp do muzyki.

Ale potem przyszedł Apple i umożliwił kupowanie pojedynczych utworów. Z jednej strony – super. Jeśli z całej płyty słuchaczowi odpowiada kilka kawałków, może je kupić nieco taniej. Z drugiej zatraca się gdzieś „integralność” płyty jako pewnej twórczej wizji autorów.

I trochę się boję, co będzie następne. Książki elektroniczne z powodzeniem szturmują rynki i stają się czymś normalnym, co daje zarobem twórcom. Już dzisiaj Amazon informuje swoich klientów, gdy pojawia się zaktualizowana wersja zakupionej przez nich pozycji. I nie ma w tym nic złego, że poprawiono skład, literówki jakieś błędy.

Trochę mniej przyjemnie robi się, gdy księgarnia postanawia „wiedzieć lepiej” i kasuje książki ludziom z czytników. Ale ponownie – co będzie dalej? Książka sprzedawana rozdziałami? W zasadzie tak można traktować cykle. Tutaj tylko partie tekstu będą mniejsze. Albo inaczej – nie jak branża muzyczna, ale jak gry. Kupujemy książkę, a w niej brakuje co jakiś czas rozdziału. Ale nie ma problemu, zawsze można dokupić brakującą treść. Przecież to tylko „coś więcej”.

PS. Grafika „Mona Lisy” pochodzi z bloga Steal This Blog.