Gravity Rush

9 lutego 2012 w Japonii ukazała się gra, która była reklamowana jako killer dla konsoli Vita po premierowym Uncharted. Gravity Rush (a właściwie Gravity Daze, bo taki tytuł otrzymał w kraju Kwitnącej Wiśni) miał w pełni pokazać potencjał tkwiący w niewielkiej konsoli. Reszta świata pozycję poznała nieco później, bo dopiero 12 czerwca 2012 roku. Mnie gra zaciekawiła dopiero po „ograniu” dema. Wiedziałem, że to dla mnie tytuł „must have”.

Gravity Rush jest trzecioosobową grą zręcznościową, z elementami fabularnymi. Całość akcji dzieje się praktycznie w jednym mieście – Hekseville. A właściwie – w mieście, nad miastem oraz pod nim. Zostało ono zaatakowane przez dziwne stwory, które manipulują grawitacją. Efektem tego jest zbliżająca się grawitacyjna burza, która powoli niszczy miasto. To tylko jeden z elementów fabuły. Drugim jest postać, którą przyjdzie nam grać.

Pokierujemy losami Kat – osoby, która posiada moce pozwalające manipulować grawitacją. Wykorzystano tutaj jednak dość oklepany schemat fabularny, mianowicie na początku gry bohaterka traci pamięć. Głównymi celami gry są więc z jednej strony obrona miasta przed burzą i stworami, z drugiej zaś poznanie własnej przeszłości.

Cała rozgrywka oczywiście toczy się w pełnym 3D. Z początku nieco się obawiałem, jak to wszystko wyjdzie „w praniu”. Okazało się, że jest bardzo dobrze. Pod triggerami mamy możliwość zmiany grawitacji. W tym trybie możemy sterować kamerą za pomocą prawego analoga lub też poruszać konsolą. Dzięki temu wybierzemy, w którym kierunku ma podróżować Kat.Wszystko jest bardzo proste i intuicyjne.

Cała gra jest w zasadzie sandboxem. Oczywiście jest tutaj wspomniana już fabuła, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by nie wykonywać wątków fabularnych tylko zwiedzać miasto i zbierać kryształy. Gdy zdobędzie się ich odpowiednią ilość, można podnieść wybraną statystykę Kat. Jest to jedyny chyba element z gier fabularnych, jaki można zaobserwować w Gravity Rush. Samych statystyk jest kilka, do tego moce specjalne związane z grawitacją oraz ataki specjalne, które odblokowują się wraz z rozwojem fabuły.

Dostępna jest mapa świata oraz okolicy, na której zaznaczono najważniejsze lokacje oraz miejsca związane z fabułą. Nie ma szans się zgubić. Gdy znudzi nam się rola turysty, możemy wykonać jedno z kilkudziesięciu wyzwań. Są to krótkie zadania, polegające najczęściej na osiągnięciu jakiegoś czasu w wyścigu lub zabiciu jak największej liczby potworów w określonym czasie. Z przeciwnikami związana jest pewna wada – po jakimś czasie są dość monotonni. Praktycznie od początku gry stykamy się z wszystkimi ich odmianami, czasem urozmaiconymi o bossa.

Co do samej walki – arsenał Kat nie jest zbyt bogaty. Poza kilkoma atakami specjalnymi, może ona wykonywać różnego rodzaju kopnięcia oraz miotać przedmiotami. I to tyle. Plus jest taki, że aby pokonać przeciwnika trzeba trafiać go w specjalny okrągły punkt na ciele. Wymaga to z początku nieco wprawy.

Choć gra jest japońska, nie odczuwa się tego zbyt mocno w grafice. Ta jest urzekająca. Nieco industrialne miasto z przełomu XIX i XX wieku, połączone siecią nadziemnej kolejki, zawieszone gdzieś w przestworzach. Klimat podczas rozgrywki jest niesamowity i kto nie grał, polecam ściągnąć demo. Całości smaczku dodaje komiks, który związany jest z fabułą, a zaprezentowany jest w „pseudo” 3D. Bardzo ciekawie prezentuje się on na konsoli.

Co ciekawe, postaci w grze ponoć rozmawiają ze sobą po francusku, na szczęście dialogów nie ma zbyt wiele a wszystkie istotne treści pojawiają się jako angielskie napisy.

Jak dla mnie jest to tytuł idealny. Z jednej strony bardzo duża swoboda poruszania, z drugiej bardzo klimatyczna i ładna grafika oraz ciekawa fabuła. Do tego po prostu zwyczajna radość, z orbitowania wokół miasta i wyszukiwania poukrywanych kryształów. Zdecydowanie polecam każdemu, żeby przynajmniej sięgnął po demo. Gravity Rush jest jak na razie najlepszym tytułem w mojej skromnej kolekcji.

Moja ocena: 6/6