Savage Worlds – pierwsze spojrzenie

Mogę chyba smiało stwierdzić, że ostatnimi czasy mały polski grajdolek zwany Fandomem żył m.in. premierą Savage Worlds. Nie staram się nawet tutaj silić na jakąś dogłębną recenzję podręcznika, bo mam go zbyt krótko. Jednak nie omieszkam podzielić się kilkoma uwagami i spostrzeżeniami. Nie jest to chyba tajemnica, ale lojalnie ostrzegam, że nieco szturchnałem palcem polskie wydanie, więc o obiektywności mowy być nie może.

Ignorant ze mnie, ale nigdy nie interesowałem się zachodnią edycją SW. Owszem, obijała mi się o uszy, ale nie żeby jakoś szczególnie szalał. Wystarczało mi minimum informacyjne. Dopiero gdy Ramel rzucił informacją, że robi polską edycję, zgłębilem różne materiały. I nie powiem, spodobało mi się. Przewijając nieco historię i pomijając nudne szczegóły moich kontaktów z Wydawcą, Edycja Limitowana została zamówiona i wysłana. I tu należą się baty dla Ramela. Wysłać takie fajne pudełko, opakowane jedynie papierem pakowym, to nie jest dobry pomysł. Gdzieś w okolicy powinno być zdjęcie pudełka po rozłożeniu. Jako że pewnie słabo widać – ktoś zadziałał dużą siłą na wierzch, w efekcie czego całość nieco się ścisnęła i zapadła do środka. Cała noc, prawie cały dzień – nieco się naprostowało, ale dalej szału nie ma.

W końcu jednak pudełko zostało otwarte, można zajrzeć do środka. Powitała mnie kostka i karty. Kostka fajna, mam dużo różnych kostek, więc kolejna do zestawu mi pasuje. Karty za to sprawiają średnie wrażenie. Inaczej – grafiki są świetne. Zostały polaminowane i są bardzo cienkie, przez co elastyczne. To dobrze rokuje, może się nie poniszczą. Za to zostały wycięte jakby niedbale. Pokiereszowane kanty mogą sugerować, że laminat będzie schodził.

Nic, kopiemy dalej. Karty postaci, ściągawki, tabelki. Fajne, na pewno przydatne, szczególnie dla osób całkowicie nowych w systemie. Do tego wzorniki wybuchów. Nie wie tylko, czy kiedykolwiek użyje. Jakoś nikt nie ma figurek, a i o miejsce na stole może być ciężko. Przedostatnim elementem zestawu jest broszurka. Dodatkowe obrażenia, trochę o graniu w klimatach fantasy i przygoda. To co się liczy na plus, to dobry papier. Po zdjęciach sądziłem, że zostanie wydrukowana na normalnym, gazetowym wręcz, papierze. A tutaj kreda. Miło.

Na dnie pudła leżał najważniejszy element – podręcznik. Ładny, z tyłu ma fajną naklejke, że jest z wydania limitowanego. Co mnie pierwsze zdziwiło – waga. Podręcznik jest małego formatu. 176 stron. Zacząłem podejrzewać, że w środku znajdę może trochę złota albo innej platyny. I faktycznie, po otwarciu zagadka się wyjaśniła. Podręcznik ma świetny papier. Gruby, „soczysty”. Oczywiście kreda i pełen kolor. Jak dla mnie, świetne wydanie. Owszem, nie jest to Klanarchia, która może robić za album do oglądania, ale SW ceny Klanarchii nie ma, a i tak jest świetnie. Szybkie kartkowanie pozwoliło mi ocenić także szatę graficzną. Jest różna. Nie wszystkie obrazki mi pasują, nie każda stylistyka do mnie trafia. Ale są też perełki. Grafika ze strony 57 to mój faworyt. Choć pewnie będzie ich więcej, a na razie po prostu zbyt szybko kartkowałem podręcznik.

Czego oczekuję od Savage Worlds? Cóż, nie mam czasu przygotowywać sesji po parę-parenaście godzin. Niezbyt mam też czas na sesję, które trwają po 6 i więcej godzin. Czytałem artykuł o powstawaniu mechaniki. Momentami jakbym czytał o sobie. Liczę więc na to, że to faktycznie szybka i łatwa mechanika, na której będę mógł rozegrać sesje w różnych klimatach. Co mi się jeszcze spodobało? Podejście Ramela. Chyba za długo obcuje z obcokrajowcami i przejmuje ich zwyczaje. Odpowiadał na wszelkie pytania, informował, starał się rozwiązywać wszelkie problemy. Dał ciała z wysyłka, przyznał, przeprosił, zaproponował rekompensatę. Miło, schludnie, pełna kultura. Nie wiem jaki jest na codzień w życiu, ale przez net bardzo miło mi się z Nim rozmawia. Ale żeby nie było za różowo – w paru miejscach skłamał. Primo, nie wszystkie numery edycji limitowanej były losowane. Secundo, dedykację, którą widać gdzieś obok na fotce, mocno przesadził.

Nic nie obiecuję, ale po przeczytaniu całości podręcznika postaram się także naskrobać parę słów. I co tu dużo mówić. Czekam na kolejne pozycje wydawnicze. Oby „zdziczenie”, jakie zdaje się opanowało polskich graczy, nie zmalało.